Opowieść farciarza

 Jak zapewne część z SZ.P. Zawodnictwa pamięta, w Gliwicach - poza tym, że było, jak zwykle, pogodnie - można było trafić całkiem fajną nagrodę. I to zupełnie za darmochę (nie licząc wpisowego).

 Do rozlosowania był bowiem elegancki niezwykle, dostarczony przez Perfect Sport,  rower w pożądanym obecnie szalenie rozmiarze 29'. Szczęściarzem okazał się Paweł Słomka; poniżej jego opowieść o drodze do nagrody. Ilustrowana. Zapraszamy!

 Czy ktoś z was kiedyś zastanawiał się, jak dobrze zainwestować trzydzieści siedem złotych i pięćdziesiąt groszy? Ja też nie. Ale drugi tydzień maja to zmienił. Ja już wiem. Zastanawiacie się co to?  Piramida finansowa, inwestycje w złoto, a może giełda? Nic z tych rzeczy. To Rajd Miejski 360 w Gliwicach! Ale nie uprzedzajmy faktów.

                To już piąty rok z rzędu, w najładniejszym mieście na Górnym Śląsku, ma miejsce największe przygodowe ściganie w kraju nad Wisłą. Nie mogło i mnie tam zabraknąć. Po perypetiach w kompletacji drużyny, ja (Paweł Słomka) i Tomek Bergier stawiliśmy się na starcie zastanawiając się, jakich to złośliwości tym razem możemy oczekiwać. Wszystko wyjaśniło się tuż po starcie. Pierwszą złośliwością okazał się niewidzialny punkt kontrolny nr 10, ale to chyba złośliwość niezamierzona. Przynajmniej przez organizatorów. Następne było zadanie matematyczne, właściwie informatyczno-matematyczne. Tego zadania obawiałem się najbardziej. Absolutnie niepotrzebnie. Liczby binarne znam jak własną kieszeń i już po chwili rozwiązanie było gotowe.

 

(Jest 10 rodzajów ludzi: ci którzy rozumieją liczby binarne i ci którzy ich nie rozumieją.)

                Przez kolejne kilka punktów tak łatwo już nie było. Wybudowanie podstawki pod książkę z kubeczków plastikowych poszło już trochę wolniej. Jeszcze wolniej poszło rzucanie podkowy. Złośliwy kawałek żelastwa nie chciał wpaść na miejsce. Chyba dopiero 15-ta próba przyniosła sukces. Ale od tej chwili było już tylko lepiej. Szybki kurs na prowadzenie partnera na placyku manewrowym zdany celująco. Niesamowicie szybko i szczęśliwie zaliczone przeklinane przez większość hymny były tylko chwilowym przystankiem na naszej trasie do mety. Boks? Chętnie spróbuję. Most linowy inny niż zazwyczaj, z takiej perspektywy Kłodnicy jeszcze nie oglądałem.

Na koniec został już tylko duży przelot między kilkoma punktami i do mety. No właśnie. Plan był prosty: przebiec połowę trasy a resztę jakoś się dotoczyć. A tu już dwie trzecie za nami a my dalej biegniemy. Myślę: może nie będzie tak źle? Ostatecznie było bardzo przyzwoicie, ostatkiem sił zdobywamy ostatni punkt i do mety!

Przebiegamy przez linię mety oczekując na zasłużony odpoczynek. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Na sam koniec zostaliśmy jeszcze skierowani do tajemniczej furgonetki z jeszcze bardziej tajemniczą (laserową) zawartością. Ciekawe zakończenie sobotniego etapu.

                 Kolejny dzień przyniósł kolejne emocje. I wyniki po pierwszym dniu zmagań. Osiemnaste miejsce w klasyfikacji ogólnej to lepiej niż się spodziewałem, dobra podstawa do walki o wyższe pozycje. W końcu rower to nasza mocna strona.

                Start bardzo chaotyczny w naszym wykonaniu, powinniśmy zmienić nazwę drużyny na „Zagubieni na starcie”. Po odnalezieniu partnera w tłumie napieraczy, pierwszym poważnym sprawdzianem był bieg na orientację. Ciężko było zmusić się do kolejnego biegu. Ale udaje się bez większych problemów zaliczyć wszystkie punkty skrzętnie pochowane w lesie. Wskakujemy znów na rower i zaliczmy kolejne punkty. Dzięki dobrej nawigacji i dobrej jeździe wyprzedzamy kolejne ekipy. Przy takim tempie pole rzepaku nie stanowiło żadnej przeszkody. Kajaki zaliczamy całkiem sprawnie jak na mój brak umiejętności posługiwania się wiosłem. Zaskoczeniem, i to sporym, okazały się konie. Pomyślałem: przejedziemy parę metrów na koniu i zaliczą… Bardzo się myliłem. Takiego czegoś jeszcze w życiu nie robiłem. Akrobacje na koniu okazały się nie takie trudne na jakie wyglądały, ale za to bardzo satysfakcjonujące.

 

(Te ruchy, ta gracja!)

                Kolejne punkty to drugi, krótszy, bieg na orientację, szybka ścianka wspinaczkowa i hula-hop. Ostatnie z tych zadań powierzyłem Tomkowi, samemu dziwiąc się jak zgrabnie operuje swoimi biodrami. Następnie pojawiła się wieża ciśnień i relaksujące puzzle. Żeby zbytnio nie odpocząć punkt kontrolny był na samej górze tejże wieży. Po dopompowaniu powietrza w przednim kole (w domu wyciągnąłem z opony centymetrowy kolec :D) ruszyliśmy na ostatnie punkty i rolki. I tu zaskoczenie. Rolki nie są tam gdzie zawsze! Za to po bardzo fajnej, nowej ścieżce rowerowej. Bardzo szybko udało się zaliczyć niezbyt długi etap rolkowy. Został już szybki przelot i meta! Łącznie, rewelacyjny czas 8h05m okazał się być w naszej kategorii czasem na szóstkę.

 

(Wieża ciśnień i puzzle bez ciśnienia, szkoda nerwów.)

                Człowiek się całą trasę spieszy do mety, a potem na zakończenie trzeba czekać tym bardziej, im bardziej się człowiek spieszył. Ale czekać przecież warto. Rower do wygrania jest konkretny, a szkoda żeby przepadł. Ale co tu się łudzić, przecież i tak nie wygram. W końcu rok temu wygraliśmy wpisowe na Vilnius Challenge. Ot, statystyka w mojej głowie mówi mi: „nie ma szans, chłopie, przecież to niemożliwe wygrać drugi raz”. Jak bardzo się myliłem…

 

(A może by to olać i wracać busem? Następny jedzie za 5 minut!)

                Stoję sobie grzecznie przy scenie, żeby po zakończeniu koszulkę wymienić. Koszulka ładna, ale rozmiar „S” tak jakoś maławy. Tomek już się zabrał do auta, przed nim kawałek drogi do domu. Ja stoję w zamyśleniu i czekam aż wszystko się zakończy. Wtem słyszę dość znajome „osiemdziesiąt cztery” wypowiadane przez najmłodszego uczestnika rajdu (stałem blisko sceny, wszystko słyszałem). Przez sekundę pomyślałem: „Czego oni jeszcze od nas chcą, ja tu tylko po koszulkę jestem. Hmmm… Rower!”. Na scenę wpadam sekundę po tym, jak słowo „osiemdziesiąt cztery” pada przez mikrofon (w końcu cały czas stoję pod tą sceną…).

 

(Rzeczony rower, co do wygrania był. Kross Level A3 jakby pytali)

 Później wszystko działo się już bardzo szybko. Próbuję dodzwonić się do Tomka, żeby wracał, bo rower jest. Niepotrzebnie. Skubany słyszał wszystko bardzo dokładnie i po chwili był z nami na scenie. Szybkie pytanie od orgów: „kto był wpisany jako kapitan zespołu”, „chyba ja…”. Nawet nie wiem kiedy, ale po kolejnym losowaniu, którego nie ogarnąłem, to ja zostałem szczęśliwym posiadaczem nowego roweru! Przez chwile nie wiedziałem co się dzieje i co ja mam robić. Później okazało się, że nie był to mój największy problem. Jak takie cholerstwo zawieźć do domu moim malutkim autem? W żaden sposób się nie mieścił. Oczywiście znaleźli się dobrzy, niezazdrośni koledzy rajdowcy, którzy zaoferowali pomoc: „możesz nam dać ten rower, nam na pewno się zmieści!”.

 

(Rower ten sam, właściciel nowy.)

Podziękowania oczywiście należą się dla sponsorów tej nagrody jak i dla chłopaka, który to mnie wylosował spośród ponad setki innych, żądnych roweru, uczestników. Wielkie Dzięki!

Paweł